22 stycznia 2006 roku na licytacji zorganizowanej przez dom aukcyjny Barret-Jackson sprzedana została pewna bardzo nietypowa ciężarówka. Nietypowa była także cena jaką uzyskano za to auto. GM Futurliner z 1940 roku poszedł pod młotek za sumę 4.320.000 dolarów, co czyni go najdroższym klasykiem wśród pojazdów użytkowych.
Kwota jaką uzyskano za Futurlinera wynika z wyjątkowości pojazdu. Pieczołowicie odrestaurowana maszyna jest jedną z zaledwie 12 wyprodukowanych w na zamówienie General Motors Corporation w 1940 przez GMC Truck and Fisher Coach & Body. Nie jest jednak jedyną która przetrwała do dzisiaj. W różnej kondycji zachowało się jeszcze 9 Futurelinerów. Skąd wzięły się potężne pojazdy o wyglądzie lokomotywy w stylu art deco? Wszystko zaczęło się w 1940 roku. Podczas gdy w Europie szalała wojna koncern GM postanowił pokazać mieszkańcom USA jak wyglądać będzie życie w przyszłości, zachęcając ich jednocześnie do kupowania jak najbardziej współczesnych samochodów swojej produkcji. Projekt nazwano hucznie “Parade of Progress” czyli “Paradą Postępu”. W skład kolumny pojazdów odwiedzających miasta i miasteczka amerykańskie weszło 12 zaprojektowanych przez Harley'a Earla cieżarówek GM Futurliner,, 11 samochodów osobowych, 24 ciężarowki i trzy kombi dla obsługi. Projekt zawieszono w 1941 roku, po przystąpieniu USA do wojny. Do pomysłu powrócono w 1953 roku. Jako że po 13 latach Futurlinery nie wyglądały już świeżo, postanowiono je zmodernizować i dostosować do nowych czasów. Najpoważniejszą zmianą w wyglądzie było zastąpienie szkalnej kopuły kabiny kierowcy zwykłym dachem z giętymi szybami. O tej zmianie przesądziły względy praktyczne. Kabina nie była klimatyzowana, więc w słoneczne dni było w niej piekielnie gorąco. Kierowca mógł zatrzymać pojazd, wysiąść i pójść do tyłu i ręcznie załączyć jeden z trzech biegów w skrzyni PTO. To rozwiązanie przysporzyło fachowcom odpowiedzialnym za rekonstrukcję Futurlinera sporo kłopotów, ponieważ nik nie wiedział tak to miało działać. Kierowcy tych maszyn nie mieli łatwej pracy. Prowadzący siedział z przodu po środku, a za nim umieszczono trzy miejsca dla obsługi. Głowa kierowcy znajdowała się na wysokości prawie 3,5 metra nad jezdnią, co bardzo utrudniało obserwację drogi tuż przed maską. Zarówno przednie jaki tylne koła zaopatrzono w ogumienie bliźniacze. Dużo kłopotów sprawiały też hamulce. Mimo, że każde koło miało własny bęben, to hamulce nie bardzo radziły sobie z ciężkim Futurlinerem. Z tego też powodu kierowcy mieli przykazane aby zachowywać pomiędzy pojazdami dystans 90 metrów. Gdy “Parada Postępu” docierała na wyznaczone miejsce, obsługa rozstawiała ekspozycję. Sam Futurliner miał aż 19 różnych drzwi i pokryw. Największe z nich byly umieszczone po obu stronach nadwozia. Dolna połowa drzwi tworzyła taras, natomiast górna zadaszenie. Po odwiedzeniu ponad 300 miast “Parada Postępu” zakończyła swoją misję w 1956 stając się ofiarą jednej z nowinek, którą propagowała, a mianowicie telewizji. Jej żywiołowy rozwój spowodował, iż teraz znacznie taniej i łatwiej dotrzeć można było do potencjalnych klientów. Jedno z aut niejaki Bob Valdez odrestaurował i przebudował na campera. Dwa futurelinery trafiły do firmy Peter Pan Bus Co. ze Springfield. Jeden został rozebrany na części a drugi po odbudowie pomalowano w biało-zielone barwy. W 2007 roku przywrócono mu oryginalną kolorystykę GM. Obecnie odbudowywany jest egzemplarz należący do kolekcjonera pojazdów strażackich Mike'a Kadletza z Kalifornii. Futurlinera restauruje także Tom Learned mieszkający w miasteczku o miło dla nas brzmiącej nazwie Poland Springs w stanie Main. Dzięki entuzjastom Futurelinery nie zginęły bezpowrotnie na złomowiskach, lecz w dalszym ciągu zadziwiają swoją kosmiczną sylwetką mieszkanców planety Ziemia. A tymczasem ciężarowki XXI wieku wyglądają zupełnie inaczej niż to przepowiadano. Grzegorz Rutka 
 |